Jan Edward Kucharski Klatka na wiewiórkę cz.2
Stanąłem o parę metrów od ostatniego drzewa. Serce ściskało mi się z żalu, ale nogi miałem jak z drewna. Nie mogłem ruszyć się z miejsca. Wiewiórka była coraz bliżej, kuna tuż pod nią. Jeszcze jeden skok na to ostatnie drzewo i zwierzątko rzuciło się w moim kierunku. Spadło mi u stóp, odbiło się od mchów i dało nurka pod pachę mojej rozchylonej kurtki. Kuna zawróciła. Stałem nieruchomo. Serce waliło mi mocno, ale jeszcze mocniej trzęsło się zwierzątko wczepione pazurkami w podszewkę kurtki. Czułem na piersi szybkie dygotanie i ciepło zmęczonego ciałka. Tylko przez chwilę przebiegła mi przez głowę myśl, że nareszcie mam wiewiórkę, o której tak marzyłem. Wystarczy mi zacisnąć poły kurtki i zanieść zwierzątko do domu. Ale ta myśl mignęła i znikła. Nie zacisnąłem kurtki. Stałem dalej jak słup. Zwierzątko bardzo powoli uspokajało się. Spod kurtki wyjrzały najpierw spiczaste uszka, bystre ślepki i... głową w dół wiewiórka zbiegła po mnie jak po pniu na ziemię. Stanęła słupka, przyjrzała mi się, krzywiąc zabawnie łebek, po czym wolno pokicała przez drogę do lasu. Kiedy zniknęła wśród drzew, odetchnąłem pełną piersią. Wracając do domu, śpiewałem na całe gardło, tak mi było dobrze. Nie szukałem już więcej wiewiórczych gniazd. Klatka pozostała pusta.