Jan Edward Kucharski Klatka na wiewiórkę
Uparłem się, żeby mieć w domu wiewiórkę. Kupiłem klatkę, tę, która stoi teraz na strychu. Pewnego dnia późną jesienią wybrałem się do lasu. Myślałem sobie, że może uda mi się złapać wiewiórkę. Było już chłodno i matka dała mi kurtkę. W lesie było cicho, tylko jakiś dzięcioł opukiwał starą sosnę. Długo musiałem wypatrywać, zanim go dostrzegłem. Na głowie miał czerwoną czapkę, a walił dziobem tak, że aż trociny z pnia leciały. Postąpiłem parę kroków. I wtedy od strony lasu dobiegło mnie głośne cmokanie wiewiórki. Brzmiało ono tak, jakby wiewiórka krzyczała z przerażenia. Głos zbliżał się do mnie. Rozejrzałem się po drzewach. Coś mignęło między konarami: wyżej --jeden cień, niżej -- drugi, trochę większy. Zrozumiałem. To kuna polowała na wiewiórkę. Drapieżnik pędził ją do polany. Wiewiórka uciekała teraz w moim kierunku. Robiła ogromne susy. Widać było, że jest zmęczona, po każdym skoku przez moment odpoczywała. A niżej gładko sunęła kuna. Już wiedziałem, co się niedługo stanie. Zgonione zwierzątko spadnie na ziemię, a kuna doskoczy do niego w mgnieniu oka. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i las urywa się ostro nad drogą. Uciekinierka nie zdąży jej przebiec.